Sprawdź, jakie zasady ze świata sportu sprawdzają się w biznesie!

Choć z wykształcenia jestem między innymi wuefistą, od 10-ciu lat działam jako przedsiębiorca. I jestem pewien, że nie byłbym tu gdzie jestem, gdyby nie moje doświadczenie sportowe i zasady, którymi kierowałem się będąc na boisku. Staram się implementować reguły obowiązujące w świecie sportu do biznesu. Sprawdzam czy działają, ale jednocześnie szukam weryfikujących te zasady badań naukowych. I jak się okazuje, rynek jest wielkim boiskiem, a właściwa strategia i odpowiednio dobrany trening determinują sukces na każdym polu.

Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia

Nie warto oczekiwać, że świat zewnętrzny pomoże nam odnieść zwycięstwo w jakiejkolwiek dziedzinie życia, zwłaszcza w biznesie. Nie warto oczekiwać, że znajdziemy kogoś, który wykona za nas całą robotę. My sami jesteśmy osobami, które mogą zrealizować własne wizje. Sukces, zarówno biznesowy, jak i sportowy, jesteśmy w stanie osiągnąć wyłącznie dzięki swojej ciężkiej pracy. Wystarczy przyjrzeć się jak wiele poświęcają sportowcy by bić kolejne rekordy, osiągać kolejne zwycięstwa, zdobywać kolejne medale. Ryzyko kontuzji czy olbrzymia presja – nic nie jest w stanie zatrzymać ich w drodze do celu. Taka mentalność sprawdza się także w przedsiębiorczości.

Dream team

Za każdym naprawdę znaczącym sukcesem stoi sztab ludzi – zespół, który tworzą wzajemnie uzupełniające i mobilizujące się jednostki. Wierzę, że jeśli będziemy opierali się jedynie na pracy naszych dwóch rąk i jednego mózgu, to prędzej czy później zablokuje nas „szklany sufit”. Sukces w biznesie odnoszą ludzie, którzy potrafią pracować pięćdziesięcioma mózgami i setką rąk jednocześnie, a przy tym wywołują u ludzi, którzy realizują ich wizje wzrost poczucia ich własnej wartości. Prowadzenie biznesu to sport zespołowy. Tylko uzupełniając się i inspirując się wzajemnie jesteśmy w stanie rywalizować na najwyższym poziomie. Zresztą pokażcie mi jakiegoś multimilionera, który jest samozatrudniony i nie ma zespołu…

Fair play

Fair play jest dla mnie ważną strategią. Wierzę, że tylko postępując z szacunkiem i pełną odpowiedzialnością za swoje czyny, jesteśmy w stanie tworzyć biznesy warte zapamiętania. Wierzę w siłę takich firm i takich projektów, które rozpędzają się i są zdolne do robienia dużych pieniędzy, ale zostały zaprojektowane tak, by przeżyć swego twórcę. Wierzę (i mocno trzymam za to kciuki), że wszystkie moje firmy będą funkcjonowały beze mnie także za 50 lat. Nie znaczy to wcale, że zawsze jestem miły, chętny do pomocy konkurentom czy za każdym razem spolegliwy. Staram się jednak jak mogę i tego oczekuję też od swoich ludzi by robić dobre rzeczy z dobrymi intencjami. Wygląda na to, że w branżach, które tworzymy ta zasada buduje duże zaufanie, jakie odczuwamy od naszych klientów.

Bez gwiazdy nie ma jazdy

Prowadząc biznes, zawsze szukam firm, które robią coś większego niż ja i robią to ode mnie lepiej. Z pokorą obserwuję rynek, inspirując się działaniami międzynarodowych liderów. To ważne, by szukać i znaleźć kogoś, kto nam najbardziej na tej planecie imponuje i starać się tę osobę obserwować, choć jednocześnie pozostać refleksyjnym i krytycznym. Dzięki temu zyskujemy nie tylko dodatkową motywację, ale i efektywną siłę napędową, by z czasem samemu stać się wzorem dla innych.

Najpierw masa, potem rzeźba

Żyjąc w tzw. „kulturze instant”, gdzie wszystko toczy się bardzo szybko, musimy przyzwyczaić się do zmienności. Dziś wiem, że czasami warto otwierać nawet niegotowe firmy i realizować niegotowe projekty, a dopiero później, działając w oparciu o realizację małych kroków, poprawiać i udoskonalać nasze przedsięwzięcia. Gdybyśmy chcieli zaczynać dopiero w momencie, kiedy poczujemy się naprawdę gotowi – będziemy stać w miejscu, bo taka „pełna gotowość” nie pojawi się nigdy. Zatem najpierw masa (budowa firmy i jej rozruch), a potem rzeźba (ulepszanie, udoskonalenie i rozwój).

Wszystko co tworzymy, powstaje dwa razy

Zanim cokolwiek urzeczywistni się jako konkretna rzecz (projekt, osiągnięcie, biznes), najpierw powstaje w naszej głowie. Wierzę, że mamy niezwykłą zdolność do tego, żeby kreować naszą przyszłą rzeczywistość za pomocą myśli, a to, czy się zmaterializuje, czy nie, zależy od naszej ciężkiej pracy. Jednak warunkiem niezbędnym, by każdego dnia budzić się i dawać z siebie wszystko jest właśnie ta odważna, czasem wręcz arogancka wizja, tkwiąca głęboko w naszej głowie. Już jako sportowiec dużo wizualizowałem (ew. marzyłem). Teraz robię to jako człowiek biznesu i to daje mi kopa do implementacji swoich wizji.

Periodyzacja

Na wszystko jest odpowiedni czas. Wszystko ma swój cykl, zarówno w skali mikro, jak i makro. Wierzę, że nie warto bać się kryzysów i trzeba je traktować jako dopełnienie pewnych cykli. Tylko będąc świadomymi następujących po sobie okresów, jesteśmy w stanie dywersyfikować naszą ofertę i przygotować się na zmiany, które nastąpią. Każdy sportowiec wie, że jest czas treningu i czas regeneracji. I czasem ten drugi wymaga od nas paradoksalnie więcej silnej woli. Dlatego nie boję się odpoczywać. Wiem, że nie było by moich sukcesów biznesowych, gdyby nie #25miniemerytur rocznie. Tak samo jak nie byłoby medalu olimpijskiego, gdyby sportowiec nie dbał o odnowę biologiczną czy krioterapię.

Grywalizacja

Mam świadomość, że żyjemy w czasach, kiedy w każdej dziedzinie życia chcemy przechodzić przez kolejne „poziomy trudności” i zapełniać kolejne paski realizacji określonych zadań. Obserwując, jak działa psychika ludzi, którzy właśnie zaczynają rządzić rynkiem, staram się tak budować swoje firmy, by bazowały właśnie na grywalizacji. Wierzę, że jeśli wpuszczę mój biznes, moje projekty i moich pracowników w naturalny mechanizm grywalizacji, to nie muszę być stale obecny, by codziennie motywować ich metodą kija i marchewki (która zresztą od jakichś 20 lat nie działa!).

Do źródeł płynie się pod prąd

Patrzę na dzisiejszy rynek i widzę, że wygrywają nowości, oryginały i prototypy. Bardzo trudno jest bowiem osiągnąć wybitne rezultaty, zarówno w sporcie, jak i w biznesie, robiąc to, co robi każdy przeciętny człowiek lub to, co dyktuje nam konformizm. Wierzę, że nawet na najbardziej oryginalny i dziwny pomysł, czeka gdzieś garstka ludzi, upatrując w nim jedynego rozwiązania swoich problemów. Sama idea rywalizacji sportowej i bicia kolejnych rekordów opiera się na potrzebie „dokonywania niemożliwego”. A to wymaga drogi pod prąd.

Parcie na bramę

Bez względu na to, jak zawodnicy trenują, jak są przygotowani mentalnie, co jedzą i jak wyglądają, aby zwyciężać – muszą mieć „parcie na bramę” (tak to nazywam pracując w polskich kadrach narodowych, nie tylko w przypadku piłkarzy). Muszą mieć determinację, by „zrobić wynik”. Najlepszy zespół to ten, którego współtwórcom można ufać, którego uczestnicy są odpowiedzialni, zaangażowani i potrafią zażegnywać konflikty, ale w ostatecznym rozrachunku na szczycie tej piramidy znajduje się odpowiedzialność za wynik. W sporcie polega to na tym, że trzeba mieć, tak jak Reprezentacja Polski w siatkówce, takiego Michała Kubiaka, który nawet wtedy, kiedy przegrywaliśmy, był gotowy przejść na drugą stronę siatki i dać komuś w mordę, żeby wygrać mecz. Warto mieć na tyle zróżnicowany zespół, by w odpowiednim momencie ktoś, kto ma właśnie takie „parcie na bramę,” potrafił pociągnąć za sobą całą drużynę i przeć do przodu we właściwym kierunku.

I w gruncie rzeczy są to zasady, które zakorzeniłem w sobie będąc zawodowym siatkarzem w latach 90. a potem studentem wychowania fizycznego. W nieuświadomiony sposób zacząłem je stosować budując STAGEMAN w 2009 roku. Dziś patrząc na to z perspektywy czasu i doradzając setkom firm w Polsce jako konsultant biznesowy wiem, że mentalność sportowca może bardzo wiele ułatwić. Nie narzekam, zapierdzielam. To po pewnym czasie musi dać dobre rezultaty.

Do dzieła!

Jakub B. Bączek

Zapraszamy Cię do grupy na Facebooku – Mistrzowski Zespół w 90 dni!